Case Study

Mój własny projekt, czyli o tym jak powstała strona, na której jesteś

Nie mam za sobą dziesiątek wdrożeń, którymi mógłbym się chwalić. Ale mam jedno, które znam na wylot, bo przeszedłem przez każdy jego etap sam: tę stronę. To, co teraz czytasz, jest moim projektem oraz najlepszym dowodem na to, jak pracuję.

Klient
Własny projekt
Zadania
Budowa landing page
Stworzenie maila i formularzy
Wdrożenie GTM i konfiguracja zdarzeń
Weryfikacja działania
Data
Lipiec 2026
Case Study

Mój własny projekt, czyli o tym jak powstała strona, na której jesteś

Nie mam za sobą dziesiątek wdrożeń, którymi mógłbym się chwalić. Ale mam jedno, które znam na wylot, bo przeszedłem przez każdy jego etap sam: tę stronę. To, co teraz czytasz, jest moim projektem oraz najlepszym dowodem na to, jak pracuję.

Od czego się zaczęło

Potrzebowałem miejsca, które robi trzy rzeczy naraz:

To był widoczny problem. Ale był też drugi, głębszy. Bez własnej strony niczym się nie wyróżniam. Wyglądam jak każdy inny freelancer, który wrzucił parę postów i czeka. A ja chciałem, żeby sama strona pokazywała, jak podchodzę do roboty, że jak coś robię, to porządnie, z dbałością o szczegóły.

Jak to zbudowałem

Proces podzieliłem na etapy
1. Projekt strony i treści

Najpierw zaprojektowałem cały lejek: co człowiek widzi jako pierwsze, gdzie go prowadzę, czym przekonuję i gdzie ma zostawić zgłoszenie. Napisałem od zera ofertę, stronę „O mnie" i formularz brief. Od razu na tym etapie założyłem też mail na własnej domenie.

2. Formularze i wiadomości powitalne

Zanim ruszyłem dalej, przetestowałem wszystkie formularze czy naprawdę się wysyłają i czy trafiają tam, gdzie powinny. Skonfigurowałem autorespondery, żeby osoba, która wypełni brief, od razu dostała ode mnie porządną wiadomość zwrotną, a nie ciszę.

3. Zgoda na pliki cookie (RODO)

Wdrożyłem baner cookie, żeby zbierać dane legalnie. Użytkownik może zgodę odrzucić i jeśli odrzuci, żadne zdarzenia analityczne się nie uruchamiają. To nie jest ozdoba dla zgodności z prawem, to warunek, żeby w ogóle móc mierzyć cokolwiek uczciwie.

4. Podłączenie analityki

Wdrożyłem Google Tag Manager i spiąłem przez niego wszystkie narzędzia: Meta Pixel, Microsoft Clarity i Google Analytics 4. Dzięki temu mam jedno miejsce, z którego zarządzam całym pomiarem.

5. Określenie, co dokładnie mierzę

Tu wychodzi różnica między „mam podpięty piksel" a „wiem, co się dzieje na stronie".
Ustaliłem konkretne cele:

6. Pomiar po stronie serwera (CAPI)

Poszedłem o poziom dalej niż standard. Wdrożyłem pomiar server-side, czyli Conversions API. Po co? Bo część zdarzeń ginie przez ad-blocki i przez ograniczenia na iPhone'ach, które coraz mocniej blokują śledzenie w przeglądarce. Pomiar po stronie serwera odzyskuje te dane. U mnie strata byłaby jeszcze niewielka, ale przy większym e-commerce z dużym ruchem brak CAPI to już poważna dziura w danych i realne pieniądze wyrzucone w błoto.

7. Testy przed publikacją

Nie powiedziałem „gotowe", dopóki wszystkiego nie sprawdziłem na trzech poziomach. Najpierw w podglądzie GTM, czy każde zdarzenie się odpala i czy wysyła właściwe parametry. Potem zweryfikowałem, czy baner cookie faktycznie blokuje zdarzenia, zanim ktoś wyrazi zgodę. Na końcu sprawdziłem po stronie Meta, w Events Managerze, czy wszystko dochodzi tam, gdzie ma. Dopiero gdy zgadzało się na każdym z tych etapów, uznałem stronę za skończoną.

Dlaczego nie poszedłem na skróty

Mógłbym sobie odpuścić i wyklikać prostą stronę w AI w jedno popołudnie. I tu jest sedno, które chcę, żebyś zrozumiał, bo dotyczy też Twojej strony.

Strona z generatora AI wygląda jak każda inna, nie wyróżnia Cię niczym. Ale gorsze jest to, czego nie widać. Takie strony najczęściej nie mają zbudowanej warstwy danych. W praktyce oznacza to, że formularz nie wysyła własnego zdarzenia po wypełnieniu. Więc jak ktoś chce zmierzyć konwersję, ustawia ją na kliknięcie przycisku.

I tu robi się problem. Kliknięcie przycisku to nie to samo, co wysłany formularz. Ktoś mógł kliknąć, ale formularz się nie wysłał, wyskoczył błąd, pomylił się w mailu, cokolwiek. A system i tak zaliczy to jako konwersję. W efekcie patrzysz na dane, które kłamią, i na ich podstawie podejmujesz decyzje o wydawaniu budżetu. To jest droga do przepalania pieniędzy z pełnym przekonaniem, że wszystko działa.

Do tego bez porządnie wdrożonych zdarzeń nie da się sensownie prowadzić kampanii nastawionych na konkretny cel. Nie zmierzysz też mikrokonwersji po drodze, jak przejście do briefu, czyli tych małych sygnałów, które mówią, gdzie ludzie się gubią. A bez pomiaru po stronie serwera po prostu tracisz część zdarzeń.

Dlatego zrobiłem to porządnie. Nie dlatego, że lubię komplikować, tylko dlatego, że tylko na dobrych danych da się podejmować dobre decyzje.

Zainspirowało Cię to case study?

Wypełnij brief. Opisz swój problem, zobaczymy czy jestem w stanie ci pomóc.

Kontakt

Adres mailowy:

Chcesz być na bieżąco? Zostaw swój adres mailowy

    © 2026 Krystian Maryniak. Wszelkie prawa zastrzeżone.